Paryski McDonald’s

Z czym kojarzy Ci się Paryż? Mnie, w oparciu literaturę, romanse oraz wspomnienia sprzed 15 lat, przywodził na myśl estetykę, elegancję i kulturę wyższych sfer. Jednak podczas ostatniej wizyty rozczarowałam się bardzo tym miastem. Nawet lokalny McDonald’s wpisał się w to odczucie. Czy wiesz, że w restauracji zamówisz zabawkę z podziałem ”dla chłopca” lub „dla dziewczynki”, nawet nie wiedząc, co dostaniesz?
Ale przynajmniej jest kiwi na patyku ;).


 

 

W tej chwili mam na koncie już sześć restauracji McDonald’s odwiedzionych na świecie: byłam na Teneryfie, w Japonii, w Norwegii, w Belgii, w Gruzji i na Ukrainie (której nie opisałam, bo wtedy nie wpadłam jeszcze na to, by dokumentować te wizyty – a wspomnienie mam przede wszystkim takie, że wszystko było ok. 20% większe niż w Polsce). Różnorodność kultur dość znaczna. Jednak to w Paryżu, tak zwanej Stolicy Kultury, McDonald’s mnie trochę rozczarował.

Ta niechęć sprawiła, że ociągałam się z wpisem przez cztery miesiące! Bowiem McDo,jak i Paryż, odwiedziłam w lutym 2018 roku.

Restaurację upolowaliśmy mimochodem, kończąc zwiedzanie Luwru w pewien deszczowy dzień. W podziemiach potężnego muzeum stworzono przestrzeń handlową obfitującą w sklepy z pamiątkami i ubraniami oraz restauracje. Przecisnęliśmy się przez tłumy – Paryż nawet w zimne miesiące poza sezonem jest pełen turystów – i zdecydowaliśmy się na złożenie zamówienia z wykorzystaniem ekranu dotykowego.

Oto obserwacje, które poczyniliśmy w czasie oczekiwania na posiłek oraz podczas spożywania:

 

 
1. Popularność

Sieciówka cieszyła się dużym powodzeniem wśród klientów. Z pewnością znaczenie miało jej ulokowanie – po kilku godzinach obcowania z kulturą wyższą, jak widać, aż chce się wszamać coś na szybko. Klienci byli głośni i w którymś momencie wybuchł nawet konflikt między mężczyzną a kasjerką dotyczący zamówienia. Przy kompletowaniu mojego zamówienia także doszło do pomyłki i musiałam wybrać się do kasy, by odebrać brakujący element.

Przy kasach pracowały przede wszystkim osoby o ciemnej karnacji. To w tej chwili sytuacja klasyczna w Paryżu, w którym jasnoskórzy obywatele piastują wyższe stanowiska, natomiast osoby ciemnoskóre zazwyczaj zajmują się pracą niewymagającą większych kwalifikacji, co budzi ich częste protesty.

 

 

Kilka tygodni po naszych odwiedzinach w całej Francji, ale z naciskiem na Paryż, rozpoczęły się protesty przeciwko reformom prezydenta Emmanuela Macrona. Reformy dotyczyły przede wszystkim zmian w sektorze publicznym, m. in. zmniejszenia liczby pracowników oraz wprowadzenia wynagrodzenia w oparciu o wyniki pracy. 1 maja (w tzw. May Day) zaczęły się pokojowe protesty, które szybko zmieniły charakter na działania pełne agresji. Na znak protestu przeciwko kapitalizmowi podpalano losowe samochody oraz sklepy. Bomby benzynowe wylądowały także w restauracji McDonald’s w centrum miasta, a lokal stanął w płomieniach.

 

2. Ceny

Przyzwoite – niższe od restauracyjnych, gdzie zazwyczaj zapłacimy 15-25 euro za osobę, ale też nieco wyższe od lokalnych ulicznych fast-foodów. Zestaw Happy Meal kosztował 4 euro (ok. 18 złotych), Bic Mac – 4,35 euro (w zestawie z napojem i frytkami – 7,2, czyli ok. 31 złotych). Dla porównania – naleśniki przygotowane na Twoich oczach na Champs-Elysees kosztują 2-4 euro, tak samo jak bułki z nadzieniem kupione w lokalnej piekarni. Zatem można stołować się McDo i nie zbankrutować – ale równie dobrze za podobne pieniądze można posmakować lokalnych specjałów.

 

 

3. Happy Meal – spożywczo

Jeżeli chodzi o względy spożywcze – zestaw nie zawodzi. Obok klasycznej kanapki i frytek otrzymałam mały sok owocowy (zamiast Coca Coli) oraz coś, z czym nie zetknęłam się jeszcze nigdzie indziej: loda-lizaka w postaci obranego schłodzonego kiwi nadzianego na patyk w taki sposób, że owoc można obgryzać. Wygodne rozwiązanie!

 

 

4. Happy Meal – zabawkowo

Gorzej miał się rozrywkowy aspekt zestawu. Okazało się, że zabawki nie są wyeksponowane w gablocie, więc pozostało mi wybranie z menu głównego na tablicy… zabawki pour fille (dla dziewczynki), pour garcon (dla chłopca) lub une livre (książki). Bardzo zaskoczył mnie taki wybór, szczególnie w dobie ideologii gender i szerzenia informacji, że dzieci nie muszą bawić się w sposób odwiecznie przypisany do ich płci. Żeby akurat we Francji, kraju współtworzącym rdzeń UE, nie było to respektowane?

Z ciekawości zdecydowałam się na zabawkę „dla dziewczynki”. Otrzymałam plastikową kulkę, która ani wyglądem, ani przeznaczeniem nijak nie wiązała się z ŻADNĄ z płci – tym bardziej więc niezrozumiały był podział przy składaniu zamówienia. Kula była dodatkiem do gry GOB SMAX, którą można kupić w sklepach. Idea gry zasadza się na zderzaniu ze sobą zabawek, by zobaczyć, która kula pozostanie zamknięta, a w której puszczą zawiasy. Słabsza kula w którymś momencie otworzy szczękę, w której ujrzymy zęby, język oraz znaczek informujący, jaka jest „siła” danej zabawki.

… a może zarządzającym dystrybucją zabawek we Francji chodziło właśnie o otwarte zadeklarowanie: zabawka dla dziewczynki może nie być różowa ani nie zawierać kucyków? Nie wiem. Nie sądzę. W takiej sytuacji podział przy zamówieniu wprowadzałby niepotrzebny zamęt.

 

 

Z perspektywy czasu żałuję dwóch rzeczy:
1. Że nie zrobiłam zdjęcia ekranowi z podziałem na pour fille i pour garcon dla celów kronikarskich,
2. Że nie wybrałam książki dla dzieci – przynajmniej poćwiczyłabym język ;).

Poza tym polecam naleśniki na Champs Elysees!

 

 
 

Facebookby featherUdostępnij znajomym / Share with friends
Facebookby featherPolub na fejsbuku / Like Page

Dodaj komentarz