Chyże lemingi i poroże renifera, czyli w Laponii dzień trzeci

W trzecim dniu naszej przygody obudziło nas słońce. Stęsknieni za jego blaskiem, pławiliśmy się w złotych promieniach podczas śniadania. Mucha rozpalił małe ognisko, na którym przygotowaliśmy owsiankę. Pożyczyliśmy z sąsiedniego składowiska deskę i ułożyliśmy ją na kamieniach w taki sposób, by powstała ławeczka z widokiem na pełzający ogień.

 

 

A potem razem z Lukiem zabraliśmy ręczniki i klapki i wybraliśmy się nad jezioro. Szło się do niego na przełaj jakiś kwadrans, podczas którego pilnie (i bezowocnie) wypatrywałam w chaszczach zrzuconego poroża. Woda była krystalicznie czysta i zimna; cudownie kontrastowała z mocnym porannym słońcem i chociaż tak naprawdę temperatura powietrza pewnie nie przekraczała 12 stopni, to z animuszem wykąpaliśmy się po raz pierwszy od dwóch dni. Żałuję, że nie zabrałam wtedy ze sobą aparatu, bo poranek był naprawdę prześliczny i chciałabym go uwiecznić.

 

 

Po śniadaniu postanowiliśmy się rozdzielić. Mucha z Kasią chcieli obejrzeć okolicę poza szlakiem, wspinając się na okoliczne pagórki, my z Lukiem z kolei byliśmy ciekawi następnego schroniska. Cóż, zbieranie pieczątek z podróży zobowiązuje ;). Zabraliśmy do plecaków najpotrzebniejsze rzeczy, umówiliśmy się na spotkanie w tym miejscu o 15:00 i zostawiliśmy nasze namioty – rozłożone, niepilnowane i z niepotrzebnymi chwilowo rzeczami w środku. Namioty stały na uboczy i nie rzucały się w oczy. A gdyby nawet ktoś je zauważył, to co mu po dodatkowych ciuchach czy puszce fasoli? Ma już w pewnością swój ciężar do dźwigania.

Dla niektórych to kontrowersyjny temat, ale ja bardzo lubię kraje skandynawskie między innymi za to, że czuję się w nich bezpiecznie i nie obawiam się kradzieży. Niedługo potem na trasie trafiliśmy na krótkofalówkę schowaną w drewnianej krzynce. Ot tak, na środku trasy. Zostawioną po to, by wezwać przez nią statek – lub pomoc w razie potrzeby. Kradzież? A kto by kradł wspólne dobro?

 

 

Ruszyliśmy z Lukiem w dalszą wędrówkę.
– Co to?! – zawołałam już po chwili, gdy pod nogami przemknęło nam zwierzę wielkości małej świnki morskiej. Było łaciate i czarno-rude, a przynajmniej takie mi się wydało przez ten ułamek sekundy, po którym skryło się w krzakach. A potem… Znów podobne stworzenie przecięło nam drogę. Gdy za trzecim razem znaleźliśmy przy ścieżce kolejnego przedstawiciela gatunku, tym razem nieruchomego, bo… zjedzonego do połowy, już wiedzieliśmy, z czym mamy do czynienia.

Z lemingami!

 

Te małe bestie dorobiły się już niemałej sławy. Mówi się o nich, że popełniają zbiorowe samobójstwa, rzucając się z klifów do wody. To fałsz, ale oparty na kilku faktach. Po pierwsze, lemingi faktycznie migrują w dużych grupach. Co ciekawe, co trzy lub cztery lata ich populacja gwałtownie się zwiększa (kiedyś uważano, że z dnia na dzień jest ich coraz więcej, bo spadają z nieba). Wtedy też często grupka lemingów oddziela się od głównego stada, ruszając na poszukiwanie nowych terenów do zamieszkania. Po drugie, lemingi potrafią pływać i w szukając nowego lokum przekraczają rzeki oraz jeziora. Zwierzaki wskakują do wody, ale nie z zamiarem samobójstwa – po prostu zdarza się, że ta woda jest zbyt szeroka, bo to na przykład… ocean, i lemingi topią się z wyczerpania, próbując go przepłynąć.
Co ciekawe, mit samobójstwa lemingów spopularyzowała wytwórnia Walta Disneya. I to nie poprzez kreskówkę, co może dałoby się jeszcze wybaczyć… A podczas kręcenia filmu dokumentalnego White Wilderness z 1958 roku. Osoby pracujące przy produkcji spychały lemingi poza klif, by wyglądało to na samobójstwo.

 

Z rzadka mijaliśmy pojedyncze osoby; więcej piechurów spotkaliśmy nad potokiem przecinającym trasę. Deski tworzące drogę zniknęły i pozostało nam przekroczenie wody na własną rękę. Potok był płytki, a woda żwawa; podeszliśmy bliżej źródła i przeszliśmy na drugi brzeg w węższym miejscu, skacząc po kamieniach. Ale ludzie stojący niżej po prostu niespiesznie zdjęli buty trekkingowe, założyli klapki i przeszli w nich 20 metrów wody. Jeżeli człowiek nie spieszy się z pokonaniem trasy, może się przy takiej okazji nawet zrelaksować!

 

 

– No i wyjaśniło się co transportowały helikoptery – zauważyłam po chwili. Torby pełne desek leżały niedbale rzucone wzdłuż trasy. Widocznie ten odcinek też będzie niedługo odnawiany.

 

 

Niedługo potem dotarliśmy do schroniska. Postanowiliśmy wejść do środka po pieczątkę. Kilka osób kręciło się po części restauracyjnej, sklepiku i przy rejestracji i może dlatego nasza obecność, choć odnotowana przez sprzedawcę, nie została podliczona na 200 SEK. Rozejrzeliśmy się po sklepiku i ze zdziwieniem odnotowaliśmy, że ceny, chociaż wysokie, oscylują wokół wartości, które zapłacilibyśmy w… polskim schronisku.
– I po co nosimy ze sobą cały ten ryż! – jęknęliśmy. – Można było kilka kilogramów jedzenia mniej i tutaj zapłacić tylko 10 złotych za opakowanie…
Cóż, czasem trzeba nauczyć się na własnych błędach. Odnotowane na przyszłość: jeżeli znów tu przyjedziemy, będziemy zaopatrywać się na trasie. Trochę drożej, ale lżej.

 

 

Tymczasem jednak musieliśmy zawracać. Przez chwilę rozważaliśmy powrót drugą stroną jeziora, by zajrzeć do ulokowanej tam wioski Saamów. Niestety ścieżka zniknęła. W jej miejscu kotłowała się tylko żwawa woda, którą musielibyśmy przepłynąć, a nie byliśmy ani na to przygotowani, ani skorzy do moczenia się. Ruszyliśmy zatem na piechotę trasą, którą tutaj dotarliśmy, i po 2 godzinach żwawego marszu staliśmy już przed namiotami.

 

 

– Mamy dla ciebie niespodziankę! – oznajmili Mucha z Kasią i wręczyli mi poroże renifera, które znaleźli na wysokościach. – Były jeszcze zęby, ale ich już nie chcieliśmy zbierać… – tutaj chciałam dowiedzieć się, gdzie to cudo widzieli, by wybrać się po trzonowce na własną rękę, ale destylacja okazała się zbyt odległa. Nie pytajcie, po co mi rogi i zęby renifera. Biologiem jestem, taki z nas gatunek. Znajoma opowiadała niedawno o swoim pobycie w Australii:
– … I budzę się… A nade mną wielki pająk! Taki wielkości pięści! Więc budzę męża. A mąż, biolog, hyc, trzasnął pająka, zasuszył i przywiózł do Polski na pamiątkę.
Więc widzicie. Biolodzy tak mają.

 

 

Zaczęło kropić, więc na pewien czas zaszyliśmy się w namiotach. Nie chciało nam się wychodzić. Nie mieliśmy jednak wyjścia – czas zaczynał nas gonić. Chociaż spakowaliśmy prowiant na pięć dni, w trakcie wędrówki uznaliśmy, że musimy skrócić pobyt na szlaku do 4 dni, by w drodze powrotnej zdążyć zwiedzić miasta, na których nam zależało. W końcu nie po to wynajęliśmy samochód, by potem na pełnym gazie pruć z północy kraju na południe, bez zatrzymywania się w co ciekawszych miejscach… Spakowaliśmy się zatem i ruszyliśmy w drogę powrotną. Zrobiło się ciemno, wciąż padał deszcz. Uważnie stawialiśmy stopy na śliskich kamieniach. Znów musieliśmy się nawzajem uciszać, gdy o 22 mijaliśmy ciemne namioty. I znów wędrowaliśmy aż do północy, by rozbić namioty tam, gdzie spaliśmy dwie noce wcześniej.

 

 
 

Facebookby featherUdostępnij znajomym / Share with friends
Facebookby featherPolub na fejsbuku / Like Page

Dodaj komentarz