Kule w szybach i psy skaczące sobie do gardeł, czyli przygód w Gruzji część pierwsza

 

 

Oprócz praktycznych porad chcę podzielić się z Wami impresjami z wyjazdu. W odcinkach. Niewielu, bo wyjazd długi nie był. Za to jaki :D!

 

 

Pęknięta szyba i wyprzedzanie na trzeciego

Wylądowaliśmy na niedużym, czystym lotnisku w Kutaisi. Bez komplikacji znaleźliśmy naszą walizkę – jedną dużą do podziału na cztery osoby – i ruszyliśmy w stronę wyjścia z terminalu.
– Podobno jeżdżą tu marszrutki – przypomniałam. – W przyzwoitych cenach. Zdarza się, że trzeba poczekać jakieś pół godziny… – przemilczałam, że zdarzają się też przestoje dwugodzinne. – … nim pojazd ruszy, bo kierowca czeka na kolejnych pasażerów. Ale jesteśmy świeżo po wylądowaniu. Z pewnością klienteli będzie multum.
I faktycznie – przy wyjściu kłębiły się tłumy i turystów, i lokalnych kierowców.
– Tbilisi? – rzucali nazwali sąsiednich miast ci drudzy. – Gori? Mccheta?
Jeden z mężczyzn wyraźnie upatrzył sobie naszą czteroosobową grupkę.
– Tbilisi? – zagadnął. Pokręciliśmy głowami i mieliśmy ruszać dalej w poszukiwaniu marszrutki, gdy Luk dodał:
– Batumi.
– A, Batumi! – zamyślił się kierowca. – Hundred fifty – oszacował cenę. Sto pięćdziesiąt lari.
Wiedzieliśmy, że w Gruzji należy się targować. Zresztą cena w pierwszej chwili nas nie zachwyciła.
– No – pokręcił głową Luk. – One hundred. Sto.
Kierowca wezwał na pomoc stojącego obok kolegę. Zamienili kilka słów, chyba porozumieli się odnośnie tego, jak po angielsku wymówić proponowaną cenę, i kolega rzucił, pokazując dodatkowo dwa wyprostowane palce:
– One hundred twenty.
Spojrzeliśmy po sobie.
– Okej!
Sto dwadzieścia lari, czyli jakieś dwieście złotych. Za cztery osoby. Czyli 50 złotych od łebka. Całkiem przyzwoita cena jak na dwugodzinną podróż nad morze komfortową taksówką!
… odnośnie tego komfortu – chwilę później zmieniliśmy zdanie.
– Czy dobrze widzę? – zdziwiła się Marta. – Czy ta szyba jest pęknięta?
– Tak – potwierdziłam. Przednią szybę przecinała wyraźna kreska. Ciekawie kontrastowała z nowoczesnym wnętrzem auta, automatycznie odsuwanymi drzwiami i ogólnym bijącym od niego poczuciem luksusu. Wtedy też po raz pierwszy zetknęliśmy się z gruzińskim podejściem do samochodów: Może nie mieć drzwi, szyb i lusterek, ale jak długo jeździ, tak długo jest użyteczne. Jakże odmienne od zachodnioeuropejskiego: Mam rysę na boku! Wypłaćcie mi odszkodowanie! I pora na wymianę auta!
– Co musiało się stać, by tak pękła?
Nie uzyskaliśmy bezpośredniej odpowiedzi na to pytanie, bo kierowca ni w ząb po angielsku, a my ledwie cokolwiek po rosyjsku. Ale odpowiedź przyszła sama. Taksówkarz bez umiaru dodawał gazu na wąskich dziurawych dróżkach, mijając krowy z setką na liczniku. Wyprzedzał na trzeciego. Trąbił. Zawieszka przy lusterku podrygiwała w dzikim tańcu. Gdyby tak spojrzeć na auto z zewnątrz, można by uznać, że kierowca gna, wioząc na pełnym gazie do szpitala rodzącą kobietę. Ale zamiast ciężarnej, na tylnych siedzeniach zalegaliśmy my – z wielkimi oczami, skuleni i próbujący wyciągnąć z tej podróży jakąś naukę.

 

 

Żółte rury i dwupiętrowe domy

– Rury z gazem – zauważaliśmy na przykład. Wzdłuż dróg ciągnęły się żółte metalowe przewody rozgałęziające się przy kolejnych gospodarstwach domowych. Zamiast wkopać je w ziemię, postawiono je wzdłuż drogi, podpierając co jakiś czas słupem. Gdyby kierowca stracił panowanie nad kierownicą i uderzył w którąś z rur, pewnie połowa okolicy straciłaby dostęp do gazu.
– Krowy! – zachwycałam się chwilę później. Krowy jak krowy, gruzińskie na oko nie różniły się niczym od polskich, ale ciekawe było położenie owych krów. Stały na trawie. W ogródkach. Przed eleganckimi domami. Wyglądało to tak, jakby domownicy trzymali krowę jak psa na podwórku po to, by co rano wydoić ją i przy śniadaniu raczyć się szklanką świeżego mleka.
– Domy są dwupiętrowe – zwróciła uwagę Marta. Wtedy wydawało nam się to nieznaczącą ciekawostką, ale trzy dni później nowopoznany Gruzin, Giorgi, wyjaśnił nam, że te budynki mają szczególny układ pomieszczeń.
– Powstały w okresie unii z Sowietami – powiedział. – Wtedy wznoszenie domów było tanie, więc ludzie często budowali większe, niż były im potrzebne. Zazwyczaj żyli na parterze. Natomiast drugie piętro było zarezerwowane dla gości lub, częściej, stało zupełnie puste, bez mebli. Organizowano na nim tylko okazyjne imprezy.

 

 

Hotel, w którym się nas nie spodziewano

Po dwóch godzinach zaczęliśmy zbliżać się do celu naszej podróży. Kierowca śmigał chyżo między ciężarówkami, a my podziwialiśmy morze widoczne po naszej prawej stronie i odległe wysokie góry po lewej. Gruzja jest wymarzonym krajem wypoczynkowym niemal dla każdego. Zimą chłodno, latem gorąco. Jednego dnia możesz nurzać się w słonych falach, by nazajutrz rozpocząć zdobywanie jednego z najwyższych szczytów na Kaukazu, mierzącego 5034 m Kazbeku.
Minęliśmy typowe nadmorskie miasteczka obfitujące w pensjonaty oraz budki z lodami i nareszcie ujrzeliśmy wieżowce Batumi, drugiego co do wielkości miasta Gruzji. Po chwili kluczenia zakorkowanymi ulicami dotarliśmy do hotelu.
I tutaj spotkała nas niespodzianka.
Nikt się nas nie spodziewał. Siwiejący, uśmiechnięty mężczyzna ok. 45 lat patrzył na nas skonfundowany, gdy pokazywaliśmy mu na telefonie komórkowym screenshota z rezerwacją. Wezwał swojego młodszego, jeszcze bardziej uśmiechniętego kolegę na pomoc. Kolega po zapoznaniu się ze sprawą – zasiedliśmy w tym czasie w lobby, zastanawiając się, czy nie będziemy musieli szukać na gwałtu rety noclegu w innym miejscu – łamanym angielskim zaprosił nas do pokojów na piętrze. Zabrał też naszą walizkę – rzecz coraz rzadziej spotykana w europejskich hotelach – i wniósł ją na samą górę.
– Dwa pokoje – powiedział, przystając przed drzwiami do pomieszczeń.
– Ale mamy rezerwację na jeden czteroosobowy – zaoponowaliśmy. Mężczyzna machnął ręką.
– Dwa dwuosobowe.
– Ale cena się nie zmieni?
– Nie zmieni.
Skoro tak, z radością rozrzuciliśmy nasze graty po pokojach, starając się nie przejmować lśniącą w promieniach słońca dziurą po kuli w szybie.

 


 

Psy na promenadzie

Po odświeżeniu się postanowiliśmy schwytać ostatnie promienie słońca i zwiedzić miasto. Zeszliśmy do recepcji, by zapytać o dostępne środki komunikacji. Przy rezerwowaniu noclegu internet powiedział nam, że lokalizacja naszego hotelu jest doskonała, ale w praktyce okazało się, że mieszkamy na peryferiach miasta.
– Chcielibyśmy dojechać do centrum. Czy jest tu jakiś autobus? Albo postój taksówek? – zapytaliśmy młodego mężczyznę. Ten nakazał nam chwilę poczekać, po czym przyprowadził swojego starszego kolegę.
– Pięć lari – powiedział starszy mężczyzna i wskazał swoje auto stojące przed hotelem.
Siedem złotych za przejazd czterech osób do wskazanego przez nas punktu? Spojrzeliśmy po sobie. Czemu nie. Chociaż planowaliśmy korzystać z marszrutek, powoli okazywało się, że przejazdy taksówkami okażą się znacznie wygodniejsze i niewiele droższe. Załadowaliśmy się ochoczo do nieoznakowanego auta pozbawionego pasów bezpieczeństwa i popruliśmy do miasta. Kierowca na naszą prośbę zawiózł nas do restauracji serwującej lokalne dania.
– Tania, ale dobra – zapewnił. Gdy zaparkowaliśmy, wszedł do knajpki razem z nami i głośno poinformował o czymś obsługę. Mieliśmy nadzieję, że to raczej Przywożę wam turystów, dajcie im dobre jedzenie niż Przywożę wam turystów, nie znają stawek, możecie ich oskubać. Nasze pierwsze spożyte w Gruzji chaczapuri okazało się sycące i niedrogie – 9 złotych od osoby.
Pierwszy, długi dzień w nowym kraju zmierzał już ku końcowi. Postanowiliśmy przespacerować się nadmorską promenadą, podziwiając widoki, Wieżę Alfabetu i ruchomą rzeźbę Ali i Nino. Na pierwszy plan wysunęły się jednak… psy. W Gruzji niewielu mieszkańców posiada w domu czworonożne pupile, a słaba kondycja finansowa kraju nie pozwala na wydajne budowanie schronisk. Jeżeli w domu zaczyna brakować środków na życie, zwierzę jest po prostu wyrzucane na ulicę. W ramach programu państwowego psy są wyłapywane przez hycli, szczepione przeciwko wściekliźnie, sterylizowane i wypuszczane. Szybko uczą się, że jeżeli będą merdały ogonami oraz sprawiały wrażenie poczciwych, ludzie zaczną je dokarmiać.
Najpierw podszedł do nas pierwszy.
– Jaki ładny i układny – zachwyciłam się.
Potem drugi.
– Kto ma w plecaku coś pachnącego? – zainteresował się Luk.
A chwilę później było ich dziesięć. Kłębiły się wokół nas, merdając ogonami, podbiegając i dotrzymując nam kroku. Nie było to napastliwe, ale jednak kłopotliwe towarzystwo. Gdy przydreptał do nas jeszcze jeden pies, tym razem spoza stada, zrobiło się mniej przyjemnie. Zwierzęta rzuciły się na siebie i rozpoczęły brutalną walkę, a my staliśmy z boku, nie bardzo wiedząc, jak zareagować, by uchronić ofiarę przed ranami, ale nie narazić się też watasze. Osiem lat temu w Gruzji agresywna grupa psów zabiła starsze małżeństwo. Na szczęście nowy szybko się wycofał i wymknął, a pozostałe psy z powrotem zwróciły w naszą stronę radosne pyszczki. Aura sympatii jednak zniknęła.
– Skręćmy do tego sklepu – zaproponował Marcin. Kluczyliśmy między otwierającymi się restauracjami i budkami z pamiątkami tak długo, aż zgubiliśmy psy. Podczas kolejnych dni pobytu zdarzyło nam się dokarmiać zwierzaki, ale tylko wtedy, gdy pojawiały się w pojedynkę.

 


 

Tak minął nasz pierwszy dzień w Gruzji. Czekało nas jeszcze siedem. Każdego kolejnego – coraz więcej niespodzianek, pozytywnych pozytywnych i wydarzeń budzących mieszane uczucia. Ciąg dalszy nastąpi ;).

 

 
 

Facebookby featherUdostępnij znajomym / Share with friends
Facebookby featherPolub na fejsbuku / Like Page

Dodaj komentarz